czwartek, 11 marca 2010

Śniadanie niani, czyli co z rana wpada do brzucha :)

Śniadanie to najważniejszy posiłek. Bez niego nie wychodzę do pracy.  Ale póki co mój ośrodek głodu nadal próbuje mi przetłumaczyć, że wcale nie jestem głodna tak rano. Dlatego jadam coś lekkiego, wartościowego, co dodatkowo pobudzi moje jelita do pracy.

 I tak:
Herbata zielona, to podstawa.


Potem wsypuję do miseczki:
Otręby
siemie liniane
pestki słonecznika
dodaję truskawki albo kiwi, zależy co mam
i zalewam to jogurtem naturalnym


I tak to wygląda:


Można dodać trochę migdałów, jeśli ktoś ma np. leniwe jelita, czyli męczą go zaparcia. Mój rav dodaje sobie jeszcze suszonej żurawiny, pestki dyni, orzechy. Mieszać można różne rzeczy, wedle uznania. Jedynie należy pamiętać, że pestki i orzechy są tłuste i nie odchudzają :)

Po ok.trzech godzinach jem drugie śniadanie, ale o tym kiedy indziej :)

wtorek, 9 marca 2010

Moja walka z nadwagą

Dzisiaj z innej beczki.
Jak Wam wiadomo schudłam ostatnio sporo, bo już 20kg.
O ile na początku było to wynikiem kłopotów z przewodem pokarmowym, o tyle teraz, jest to moja świadoma walka.  Nie żebym się głodziła... Broń Boże... Ja sobie krzywdy nie dam zrobić ;)
Postanowiłam już na zawsze zmienić swoje nawyki żywieniowe.
Dlaczego?
Bo oprócz chęci utraty masy ciała, doszedł do głosu rozsądek, który przez lata próbowałam zagłuszyć i zignorować. Teraz jem tak, żeby nie tylko przekładało się to na moją sylwetkę ale również na zdrowie fizyczne i emocjonalne. Wychodzę z założenia, że jestem tym, co jem.

Ponieważ wielkimi krokami zbliża się wiosna, myślę, że jest to dobry czas na zmiany. Z każdym cieplejszym promieniem słońca zaczynamy rozmyślać o ciepłych dniach, o lecie a co za tym idzie, o zdejmowaniu wszystkich ciężkich, zimowych ubrań i odsłanianiu naszego ciała. Dlatego chciałabym zachęcić tych, którzy jeszcze tego nie zrobili, do przeanalizowania swojej diety i do zmian, jeśli to konieczne. Poniżej postaram się przedstawić Wam, to, co ja zmieniłam do tej pory.


W całym tym odchudzaniu chodzi o zmianę złych nawyków.
Przede wszystkim postanowiłam zapomnieć, o istnieniu tłuszczów zwierzęcych, smażonych mięsach i ciężkich sosach.
I tak:

Podstawa to pięć posiłków dziennie, w w miarę regularnych odstępach. Nie podjadam w nocy, czyli ostatni posiłek spożywam nie później, niż trzy godziny przed snem. Rano, zaraz po wstaniu, wypijam przynajmniej litr wody. Dopiero potem zaczynam przygotowywać śniadanie.

Każdy posiłek jem powoli, niemalże celebrując go.

Trzeba nauczyć się zastępować niektóre rzeczy innymi.
Np. zamiast dodawać śmietanę, choćby celem zabielenia zupy, warto ją zamienić na jogurt naturalny. Jest nawet lepszy, bo się nie warzy.
I tak we wszystkich miejscach, gdzie normalnie używałam kiedyś śmietany, teraz  zastąpiłam ją jogurtem. To samo tyczy się masła, które jest tłuszczem zwierzęcym, zastąpiłam je margaryną, czyli tłuszczem w 100% roślinnym, używam Ramy.
Makaron z pszenicy zamieniłam bezwzględnie  na makaron razowy (ciemny), orkiszowy lub ( od biedy ) z pszenicy durum. Jem go tylko ale dente, wtedy nie wytracają się z niego cukry i jest dużo mniej kaloryczny. Ziemniaki zastąpiłam ryżem i kaszą, bo skrobia, którą zawierają,  to nic innego, jak cukier.
Smażone mięsa wykluczyłam w ogóle i przerzuciłam się  na mięso pieczone w folii, bez dodawania tłuszczu, lub na gotowane. Tutaj warto wspomnieć, że jest to głownie chudy drób, bez jakichkolwiek skór. Również wołowina, którą ew. gotuję.
Zapomniałam już o istnieniu panierek, kotletach schabowych czy mielonych.
Uważam na placki i naleśniki, nie jem ich za często, bo bardzo chłoną olej.
Jadam dużo ryb morskich, ale nie smażonych, tylko pieczone bądź gotowane np. na parze.
Wszelkie warzywa, które tradycyjnie gotowałam teraz robię  na parze i pilnuje by były ale dente. Wtedy nie ucieka z nich tak dużo witamin i minerałów.
Pożegnałam się na dobre ze wszelkiego rodzaju zasmażkami, czyli nie zagęszczam, jak dotąd np. marchewki z groszkiem ani buraczków na ciepło.
Unikam zup, bo wywary są ciężkie i tuczące, chyba, że gotuję  tylko na warzywach (  bez kostek np. knorr, bo są okrutnie tłuste i nie zdrowe ).
Spożywam  dużo kiełków, sałat różnego rodzaju, ziół...
Pomidory to ważne źródło witamin, antyoksydantów i niezbędnego potasu. W okresie, kiedy nie jest na nie sezon, zastąpiłam je pomidorami suszonymi, nawet tymi w zalewie z oliwy z oliwek, którą również używam do sałatek, nie za dużo ale pamiętam, że jest zdrowa.
Nie kupuję i nie jadam słodkich jogurtów owocowych, serków homogenizowanych i innych tego typu produktów. Zawierają dużo sztucznych komponentów i ogromne ilości cukru. Przerzuciłam się na jogurt naturalny, do którego dodaję owoce,orzechy, pestki słonecznika ( ale z umiarem, bo są kaloryczne, mimo, że zdrowe ), siemie lniane i otręby.  I tu ważna uwaga! Nie jem owoców po 15:00 i nie przesadzam z ich ilością, bo są słodkie.
Ze znanych składników wielu sałatek uważam na ilość spożywanej kukurydzy ( jest tucząca ) i absolutnie nie jadam majonezu. Zamieniłam go tak, jak śmietanę, na jogurt naturalny lub dodaję do sałatki  tylko troszkę oliwy z oliwek.
Co do pieczywa, to przestały dla mnie istnieć  kajzerki i chleb Baltonowski, czyli tzw. białe pieczywo poszło w odstawkę. Jem tylko ciemne pieczywo razowe. I tu trzeba czytać etykiety. To ma być prawdziwy razowiec a nie barwiony karmelem, który jest mega kaloryczny. Wybieram więc chleby, które "czuć" w dłoniach, czyli ciężkie wagowo, nie leciutkie, jakby dmuchane. Codziennie używam nie więcej niż trzy kromki pieczywa ale zupełnie z niego nie rezygnuję, bo jest potrzebne dla organizmu.
Jadam dużo chudego, białego sera  np. ze szczypiorkiem ( o tej porze roku, wybieram suszony naturalnie ),ze świeżymi ziołami i kiełkami, które sama hoduję na parapecie w kuchni.
Unikam mieszanek przypraw i soli, bo zatrzymują wodę w organizmie.
Piję dużo wody niegazowanej i nie spoglądam nawet na Coca colę, Fantę i inne sztuczne świństwa. Herbata zielona dobrze oczyszcza z toksyn, także towarzyszy mi przy śniadaniach.  Wszelkie soki kupowane w sklepach odstawiłam bezpowrotnie, bo tam jest kupa cukru i konserwantów. Wolę sama zrobić sok owocowy lub warzywny.
Co do warzyw, to przestrzegam przed nowalijkami, jeśli nie pochodzą z Waszego, niepryskanego ogródka. Takie młode warzywa chłoną okrutnie wszystkie środki ochrony roślin i inne świństwa.
No i unikam  słodyczy ale jak już nie mogę wytrzymać, to jem  loda waniliowego. To lepsze niż np. herbatniki, do produkcji których używa się ogromne ilości niezdrowych tłuszczów. Czasem skuszę się na naturalny miód, bo jest zdrowy.
 Co do wędlin, to nie jadam w ogóle. Jest w nich ogromna ilość konserwantów, saletry, soli i barwników.  Do kanapek używam pieczonego w folii mięsa.  Najczęściej jest to filet z indyka lub schab. Ale na wieprzowinę radzę uważać, gdyż jest mięsem tłustym i wysoko cholesterolowym.


I tak to mniej więcej wygląda.
W szpitalu zostałam pochwalona za wyjątkowo dobrze poprawione wyniki badań, szczególnie za poziomy potasu, magnezu i wapnia oraz za niski poziom cholesterolu LDL, czyli tego "złego" i wysoki tego "dobrego", czyli HDL.

Teraz muszę jeszcze popracować nad ruchem, który ostatnio mocno ograniczyłam, ze względu na moje dolegliwości. Ale już nie ma przeciwwskazań, więc zaczynam się ruszać, tak systematycznie, planowo.
Także mam nadzieję, że dalsze kilogramy będę traciła w sposób zdrowy i rozsądny.
Jedynie walczę jeszcze z wypadającymi włosami, które jakoś opornie regenerują się, po mojej wcześniejszej, drakońskiej diecie, jaką sobie zafundowałam, cierpiąc na bóle brzucha.

sobota, 6 marca 2010

Nowi podopieczni

Od kilku dni nawiązałam współpracę z nowymi rodzinami, co zaowocowało kolejnymi podopiecznymi.

Pierwszy z nich, to 5 letni Salvador.
Bardzo miły chłopiec, dość ruchliwy, inteligentny ze zdolnościami malarskimi, jak na Salvadora przystało :)

Drugi, młodszy, Półtoraroczny Wiktor.
Przesłodki, bardzo grzeczny, "rozgadany i rozśpiewany" a na dodatek bardzo dba o porządek.

Tel nie milczy, więc jest nadzieja na kolejne słodziaki.
Zastanawiam się, czy nie pozostać przy kilku stałych podopiecznych ale takich dorywczych. Mam co prawda jedną propozycję współpracy całodziennej, przez pięć dni w tygodniu, przy bliźniakach ale jeszcze rozważam, czy się takiego wyzwania podjąć.



                                                       

piątek, 5 marca 2010

Legalizacja niań

Dzisiaj W Polsat News o godz. 20:00 m.in. mój komentarz w sprawie nowego projektu ustawy, dotyczącej ułatwień w legalnym zatrudnianiu opiekunek dziecięcych.

Więcej na ten temat:

http://biznes.onet.pl/budzet-zaplaci-za-nianie,18563,3186918,1,prasa-detal

poniedziałek, 1 marca 2010

Powrót do aktywnej pracy :)

Wyszłam ze szpitala.
Mam dobre wieści. Jestem zdrowa. Mam odstawione leki. Badania wyszły dobrze.
Mogę wrócić do pracy. Nie ma przeciwwskazań.
Teraz rozglądam się za nowym podopiecznym ( lub podopiecznymi ).

środa, 17 lutego 2010

Pomysł na firmę

Słuchajcie,
mam pewien pomysł, ale nie wiem, czy to ma sens, czy byłoby zapotrzebowanie na taki rodzaj usług itd... Dlatego napiszę w skrócie o co mi chodzi i jak to widzę a do Was mam prośbę....
Napiszcie mi, co o tym myślicie.
I z pozycji niań i rodziców i osób zupełnie postronnych. Każda opinia będzie na wagę złota :)



No więc...


Chodzi mi o agencję opiekunek dziecięcych. Ale nie o zwykłe pośrednictwo. Raczej coś na zasadzie firm sprzątających, jeśli wiecie, jak one działają.
Plan jest taki:
Ja zatrudniam nianie jako pracowników mojej firmy. Na pełny etat, na pół etatu z umową np. na czas nieokreślony lub dorywczo na umowę zlecenie. Idea jest taka, żeby wszystko było legalne.
Przed zatrudnieniem, nianie przechodzą testy psychologiczne i są przeszkalane w zakresie pierwszej pomocy przedmedycznej. Później, w trakcie trwania naszej umowy, dbam o ich edukację i doszkalanie. Oczywiście opiniuje Je lekarz medycyny pracy itd. Wszystkie przedstawiają zaświadczenie o niekaralności.
Otrzymują stałe wynagrodzenie. Przysługuje im prawo do urlopu. Wszystko tak, jak w "normalnej" pracy.

Natomiast jeśli chodzi o rodziców....

Rodzice podopiecznych podpisują ze mną, jako firmą, umowę o świadczenie usług, w której oczywiście są zawarte wszelkie ustalenia co do współpracy ze mną i wymagania wobec opiekunki.  Honorarium płacą nie bezpośrednio niani, tylko mnie, bo to ja zapewniam nianiom wynagrodzenie. Oczywiście mogą opiekunkę dodatkowo premiować, byłaby to ich sprawa.

Jakie korzyści?

O ile z nianiami to wiadomo, praca legalna, liczą się lata pracy, ubezpieczenie, stałe wynagrodzenie itd.
A rodzice? Taka usługa byłaby droższa niż zatrudnienie niani prywatnie, na czarno. Muszą więc być jakieś korzyści.

I tu:
Gwarancja jakości usług.
Zapewnienie opieki podopiecznemu bez względu na dni wolne niani, czyli jak opiekunka jest na urlopie lub choruje ( tzw. zastępstwo ).
Pełne ubezpieczenie podopiecznego.
Odpowiedzialność finansowa za ew. szkody wyrządzone przez nianię.
Możliwość zmiany opiekunki, jeśli wcześniej wybrana nie spełniałaby oczekiwań.
Dostępność niań 24h/dobę.


I co myślicie? Ma to ręce i nogi? A może macie jakieś sugestie? Piszcie proszę komentarze :)

niedziela, 17 stycznia 2010

Nowa grupa dyskusyjna na GoldenLine

Drogie nianie i rodzice, korzystający z naszych usług.

Mam przyjemność powiadomić Was, że z dniem dzisiejszym uruchomiłam nową grupę dyskusyjną na portalu GoldenLine.pl pod tytułem "zawodowa niania".


Na razie nie wiele się tam dzieje, ale mam nadzieję, że między innymi, dzięki Wam ta grupa zacznie żyć wieloma ciekawymi dyskusjami. Dlatego zapraszam serdecznie do udziału w forum, do tworzenia tematów, które chcecie poruszyć i do konstruktywnej wymiany myśli. Być może, z czasem nawiążą się nowe znajomości i nowe kontakty zawodowe.

http://www.goldenline.pl/grupa/zawodowe-nianie/

Jak zwykle mam problem z aktywnym linkiem w poście, więc zainteresowane osoby mogą kliknąć na tytuł i zostaną przeniesione pod wyżej podany adres :)

piątek, 8 stycznia 2010

Umówiona w odwiedziny


W Poniedziałek jadę w odwiedziny do moich byłych podopiecznych. Stęskniłam się za nimi bardzo... Mikołajek pewnie urósł, pewnie już pięknie mówi...
No i muszę przyznać, stęskniłam się także za ich rodzicami :) Za mamą w szczególności :) zawsze lubiłam sobie z Nią pogadać. Jest taka na luzie, spontaniczna.

Przeglądam ostatnio zdjęcia i porównywałam jak się zmieniali. Może teraz też im cyknę fotki, żeby było porównanie.
                                                                                         
Mikołaj był takim kochanym przylepkiem. Troszkę uparty ale jaki słodki....



 Byłam z niego dumna, kiedy stopniowo doroślał...
Stawał się coraz bardziej samodzielny...
Pamiętam pierwsze dni bez pieluszki,
pierwsze, zupełnie beze mnie, zabawy z innymi dziećmi...





Kacperek, z bujną czuprynką, bardzo wrażliwy chłopczyk, słodko przekręcający wyrazy...



Wyrósł na mądrego, bardzo samodzielnego chłopca...
Uwielbiałam, kiedy sam robił sobie kanapki, brudząc przy okazji otoczenie...
No i ta jego opiekuńczość względem młodszego brata... Chociaż jak trzeba było, to potrafił małego postawić do pionu :)




Muszę przyznać, że takie spotkania, już po zakończonej współpracy, są dla mnie magiczne...

Niedawno, dość przypadkowo, spotkałam małą Alę...
Ależ ten czas leci...
Miała niecałe trzy lata, kiedy przestałam się nią opiekować, a teraz...
duża pannica...
ma prawie 6 lat...

Moje pierwsze dziewczynki, siostry, Karolina i Zosia, dzisiaj mają kolejno 15 i 11 lat.
Nie widuję się z Nimi, bo aktualnie mieszkają we Francji. Może nawet mnie nie pamiętają...
Nie mam też ich zdjęć, bo wtedy jakoś tak nie przyszło mi do głowy, żeby porobić.

Karina i Jej młodsza siostra Aleksandra... Obiema zajmowałam się od chwili ich urodzenia. Kochałam Je, jak swoje... Poszłabym za Nimi w ogień...
Często słyszałam, że Karina jest krnąbrnym dzieckiem, że jest trudna... Broniłam Jej jak mogłam. Dla mnie była normalną, zdrowo rozwijającą się dziewczynką. Może troszkę bardziej ruchliwą niż inne dzieci, żywiołową ale nad wyraz rozumną... I miała takie piękne oczy...

A Zosia? (nie, nie ta malutka z Józefosławia) i Jej brat Łukasz...
Ależ mi dali popalić! Najczęściej wspominam wspólne posiłki... Rzucali w siebie czym popadnie... Leciały ziemniaki, kotlety, wylewała się zupa... Jedno drugiemu nie darowało. To była szkoła przetrwania :)

No i moja mała, słodka Zosieńka. Oczko w głowie... Długo się nią nie nacieszyłam :( A szkoda, bo dziecko cudowne...
Nigdy nie zapomnę jak pierwszy raz wyciągnęła do mnie swoje malutkie rączki... Jak uroczo okazywała uczucia... Nie zapomnę jak usiadła, jak wstała...

Albert... właśnie jutro do niego idę :) Ciekawe, czy mnie pozna... Dawno u Niego nie byłam... Na pewno urósł... W końcu to prawie roczniak...


Niania, która latami opiekuje się dziećmi, ma co wspominać....

niedziela, 3 stycznia 2010

pomału do pracy

Pomału mogę podjąć pracę dorywczą  :)
To dobry znak...
Także Albert wróci w moje ramiona a być może, czasem, dodatkowo przytulę jakieś dziecko, by rozłąka z rodzicami była mniej bolesna :)
Póki co, do czasu hospitalizacji, mogę pracować okazjonalnie.
A co będzie potem?
Może, w brew pozorom, nie wiele się zmieni...
Ale to na razie tylko zarys planów i moja słodka tajemnica :))))

piątek, 1 stycznia 2010