czwartek, 14 kwietnia 2016

Wiosna? apsik!

Kocham, uwielbiam i nienawidzę. Tak, chodzi o tę porę roku, o wiosnę. Bo  jak nie kochać kiedy dnie stają się coraz dłuższe, cieplejsze, słoneczniejsze? Jak nie uwielbiać za tę budzącą się do życia przyrodę? Za pierwsze kwiatki, za pierwsze listki? Za ten cudny śpiew ptaków, rechot żab?
A z drugiej strony jakże nienawidzę za pylącą Brzozę. Najchętniej przespałabym Kwiecień, żeby ominęła mnie ta wątpliwa przyjemność kichania, łzawienia, szczypania, swędzenia, duszności i wciąż cieknącego nosa. 
A jednak kiedy tylko robi się cieplej, kiedy tylko pojawiają się w sprzedaży pierwsze wiosenne kwiatki, zaraz jedziemy do ogrodniczego. I w tym roku nie obyło się bez zakupów.

Zwieźliśmy trochę tego do domu. 




Było sadzenie w doniczki i rozstawianie po balkonie.







A teraz jest m.in tak:




Jeszcze chwilka a znów moje życie domowe będzie się głównie toczyć na balkonie. Minie upiorny Kwiecień a z nim odejdą pyłki Brzozy i życie znów będzie piękne, kolorowe. 

A jak tam u was? Balkony odżyły po zimie czy nadal straszą brudną balustradą i brakiem kwiatów? 

wtorek, 19 stycznia 2016

kochaj mądrze. Inaczej skarzesz swojego syna na życiowe inwalidztwo.

Straszne?
Owszem.
Wychowanie syna na faceta a nie na fajtłapę to zadanie rodziców. Wcale nie trudne, trzeba tylko w porę odciąć pępowinę. Najlepiej zaraz po porodzie. 
Mamusie niestety mają tendencję do nadmiernego nadskakiwania swoim synkom. Córki zdecydowanie inaczej się wychowuje. Efekt? 30, 40 letni mężczyzna mieszkający z rodzicami. I proszę mi kitu o braku pieniędzy nie wciskać. Pół biedy jak synuś nie ma ciągot matrymonialnych ale może być jeszcze gorzej. Taki chłopczyk lat 30 to już czasem chciałby mieć żonę, dzieci, i co? No wyjścia są dwa. Albo znajdzie sobie taką z mieszkaniem ( tylko czy ona będzie chciała mami synusia? ) albo sprowadzi to cudo mamusi do domu i zamieszkają razem. O zgrozo! Najgorsze co się może w życiu przytrafić, szczególnie na początku małżeństwa, kiedy jest burza fermonów, z łóżka by człowiek najchętniej nie wychodził, głośne orgazmy a tu mamusia za ścianą... Sami przyznacie, że w takich warunkach nie idzie. Bo mamusie to mają jeszcze taki ( jeden z wielu zresztą ) brzydki zwyczaj, że do pokoju synusia wchodzą bez pukania :) ups! A to wy... oj, nie wiedziałam.... bo według mamusi jej synuś dzidziuś takich brzydkich rzeczy nie robi. Każdy inny tak, tylko jej syneczek nie.
Ale wracając do meritum.
Żeby się nie okazało, że nasze dziecko to życiowy nieudacznik, niebieski ptak czy inny Piotruś Pan to trzeba o tym pomyśleć od początku.
Po co mu mamo ciągle poprawiasz ten szalik? Dlaczego mówisz: " nie biegaj, bo się spocisz", albo jeszcze gorzej: "nie biegaj bo się zmęczysz"... A przecież takie teksty słyszę codziennie z ust zatroskanych mam i babć. Babcie, nawet te najukochańsze należy trzymać z dala od dzieci. Tak już mają, że psują. Raz na miesiąc proszę bardzo, żeby móc z mężem do kina wyskoczyć, jednak codziennie nigdy w życiu! Tak, tak, ja wiem... babcia to często darmowa niania... Oszczędność pieniędzy i ile pożytku! Obiad ugotuje przy okazji, odkurzy albo poprasuje za friko. Tak, tak, nie wmawiaj mi, że nie. Na szczęście nie każda babcia się daje. Ale znów odbiegliśmy od tematu...
Po co, co 5 minut podtykasz mu pod nosek jedzenie? Przecież dopiero co zjadł śniadanie! "Może zjesz bananka? No, chociaż kawałeczek, widzisz jaki dobry bananek.  A mandarynkę? Zobacz obrałam ze skórki, zjedz kochanie, jest pyszna. Nie jesteś głodny? Zrobię ci kanapeczkę. Nie chcesz? To może paróweczkę na ciepło..." - i tak cały dzień, jak mantra, do zrzygania. Niestety. Synuś się przyzwyczaja, że mu się nadskakuje, że wszystko pod nosek.
"Ojej jaki zmęczony jesteś, kochanie, daj, mamusia ( albo babunia ) posprząta klocuszki. Moje biedactwo, taki padnięty. Zaraz ci mleczka podgrzeję to sobie przed snem wypijesz ( z butelki ze smokiem oczywiście, chociaż synuś ma 3 latka ). Nie, nie koniecznie ubierz sweterek na piżamkę. I skarpetki, bo zmarzniesz. O tak. Mamusia cię okryje ( i kaloryfer na 5 ustawi ). Co? chcesz spać z nami? (!) No dobrze. To chodź ( i sex szlag trafił )... ŻYCIE!
To początkowy wstęp do wyprodukowania fajtłapy. 
Potem jest jeszcze gorzej.
"Co robisz?" - "Gram". "A to dobrze, to graj sobie, graj, mamusia ci obiadek do pokoiku przyniesie. Zrobić ci herbatki?"
" Synku, miałeś taki bałagan w szafie. Troszkę ci poukładałam, zobacz. Tutaj masz majteczki, tutaj skarpetki sparowane. Poprasowałam ci koszulki."
"Wziąłeś kanapeczki do szkoły, które ci zrobiłam? Tam w termosie masz przygotowaną herbatkę, to weź, bo dzisiaj bardzo zimno".
Co? Śmieszne? nie śmieszne,  straszne. Tak się hoduje nieudacznika życiowego. To prosta droga do mieszkania z synusiem i jego nie zawsze lubianą żonką do grobowej deski, albo jeszcze gorzej. Wiesz, co jest najgorsze? To uczucie, kiedy przy rozstaniu, przy decyzji o rozwodzie, twoja zaraz eks synowa powie ci w oczy: " mamo to twoja wina. Wychowałaś go na debila. To przez ciebie rozwaliło się nasze życie, bo nie nauczyłaś go być odpowiedzialnym za samego siebie i za swoją rodzinę." Zapewniam cię, że to zaboli. Bardzo zaboli. Tylko, że będzie za późno. Pozostanie ci żyć z poczuciem porażki.
Chcesz wychować syna na faceta z jajami? MYŚL, WYMAGAJ, NIE TRZĘŚ SIĘ NAD NIM , KOCHAJ MĄDRZE.
Nie mogłam się powstrzymać:

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Aktualnie :)

Człowiek się starzeje, więc i pięknieje w związku z powyższym ;) Dlatego wstawiam aktualne zdjęcie, co byście się nie zdziwili przy kontakcie w realu.
 
Tak wiem... przytyłam... leki hormonalne zrobiły swoje ale nie oszukujmy się, chuda to ja nigdy nie byłam he ;)
 
 
 
 
 
A tu fotka z moim mężusiem. Lipiec 2015:
 
 
 
 
 
 

niedziela, 10 stycznia 2016

Niania też człowiek... Czasem choruje i to nie na grypę.

Niestety, tak się złożyło, że od maja 2015 jestem chora. Jakoś na początku dawałam radę godzić to z pracą, ale od 30 lipca przestało się udawać. Tegoż dnia miałam na cito zabieg abrazji, po którym miało już być dobrze. Dwa tygodnie zwolnienia, bo musiałam odpocząć i nie wolno mi było nic dźwigać  a dzieci czasem podnieść trzeba. Po dwóch tygodniach okazało się jednak, że poprawa zamieniła się w pogorszenie. Dostałam leki, ale po nich było tylko jeszcze gorzej. Co kilka dni jechaliśmy na izbę przyjęć. Nie wiele mogli mi pomóc. Groziła mi babska operacja. W końcu wycieńczona już chorobą trafiłam na cudowną ginekolog ( paniom z Warszawy chętnie polecę ). Wreszcie ktoś zaczął myśleć. W Listopadzie  trafiłam znów na cito do szpitala, tym razem na dokładną diagnostykę. Po tygodniowym pobycie okazało się, że można zastosować metodę leczenia, którą preferowała moja nowa pani doktor, i którą poparł profesor nadzwyczajny ginekologii i endokrynologii. Wiązało się to z kolejnym zabiegiem ale co tam. 01 grudnia pomyślnie zrobiono co trzeba. Odstawiłam leki, które rujnowały mnie na maxa. Teraz przez kilka miesięcy będzie jeszcze pod górkę ale z każdym miesiącem coraz lepiej. Jest na tyle dobrze, że wracam do pracy i to zaraz, od połowy Stycznia :) Mam nadzieję na udaną współpracę, tym bardziej, że to mała, słodka dziewczynka!
 
 
A to zdjęcia ze szpitala...
 
 
 
 

środa, 23 września 2015

Pierwszy dzień jesieni

No nareszcie!
Mamy oficjalnie jesień.
Z tej okazji pokażę wam mój balkon i nie tylko. Wiem, że rodzice zatrudniający nianię i ci, którzy przygotowują się do szukania opiekunki dla swojego dziecka lubią wiedzieć coś więcej o niani. Dlatego na tym blogu pojawiają się prywatne posty.

Jak to mówią, zimę toleruję, wiosnę przetrzymuję, lato lubię a jesienią się rozkoszuję.
W każdym  razie ma to odbicie w moim otoczeniu, a że jesień mamy to jesienne klimaty u nas są takie:























W domu też jest kilka akcentów podkreślających jesienny nastrój.



czwartek, 10 września 2015

A. i J. - "moje" serduszka kochane.

A. starszy, co nie znaczy duży. Miał niespełna roczek jak zaczęła się nasza wspólna przygoda. Piękny, słodki, grzeczny. Idealne dziecko. Uwielbiałam go, słodziak na maxa, do schrupania.
Po kilku miesiącach urodził się J. Mały zbój. Od początku pokazał nam kto tak naprawdę rządzi ;) Było czasem ciężko... Ale "kochałam" , nie dało się nie kochać :)


Trochę zbyt brutalnie się rozstaliśmy. Szkoda, że w taki nie do końca smaczny sposób, ale cóż... Nie wszystko zależy ode mnie. Sza... nic więcej wam nie powiem.

wtorek, 8 września 2015

Nadchodzi jesień

Jesień to moja ulubiona pora roku. Wrzesień i Październik rozczulają mnie swą niepowtarzalną urodą. Kiedy inni ze smutkiem patrzą w niebo, gdzie wiatr chmury goni, ja już czekam na spektakl jaki zwiastują. Może dlatego, że jestem dzieckiem babiego lata. Nawet w kolorach jesiennych najbardziej mi do twarzy, a że duszę mam wrażliwą, to czasem potrzebuję wylać się w słowach na papier. Dlatego zdarza mi się wierszoklectwo, bo do poezji to mi daleko, oj daleko... Jeszcze tam coś z rytmem jest nie tak, ale na razie zostawiam w takiej formie.

 
"Jesiennie"
 
Jeszcze wczoraj było lato
Słońce grzało roziskrzone, na bezchmurnym niebie.
Jeszcze wczoraj wszystko wrzało
A dziś przyszła jesień.
 
Rozłożyła parasole, przyodziała płaszcze.
Zaszumiała zimnym wiatrem i w konarach klaszcze.
Kot się skulił na fotelu, pies do łóżka przyszedł.
Zimno nagle się zrobiło.
Chyba przyszła jesień.
 
Już łyk wody przestał być tak miły, jak to bywa latem.
Teraz człowiek ciepłą kawę parzy w samowarze,
By, gdy tylko znajdzie chwilkę, rozgrzać się jej ciepłem
I przez okno, patrząc smutno, westchnąć,
Że już jesień.
 
Jeszcze liście z drzew nie spadły,
Jeszcze nie ta pora,
Ale już pewną nostalgię
Przywiał nam wiatr z pola.
Już się dynie pojawiły na naszych straganach,
Już szarlotki pachną w koło od samego rana.
 
Gościu miły, siądź tu przy mnie ,
Ogrzejmy się razem.
Wszak to jesień nam nastała
Polubmy ją czasem.

poniedziałek, 7 września 2015

Deszcz przyjaciel dziecka

Jeszcze wczoraj było gwarno pod oknami. Biegające, rozkrzyczane dzieci oblegały z rodzicami lodziarnię. Aż się chciało uciszyć towarzystwo, taki rejwach wokół siebie robili.
A dzisiaj?
Cisza...
Trochę chłodniej, trochę wietrzniej  deszcz. To wystarczy by zagonić wszystkich do domu.
Kiedyś, jak ja byłam dzieckiem, mama ubierała mi kalosze, pelerynkę i szłyśmy skakać przez kałuże, zbierać kamyki i patyczki, które lądowały w napotkanych, malutkich bajorkach. Mama śpiewała mi wesoło znaną piosenkę "ciągle pada..." i tańczyłyśmy na wietrze a wraz z nami trzepotały nasze nogawki.
Teraz dzieci  nie wychodzą na dwór kiedy pada. Zamykane są w domach okna, maluchom ubiera się pięć warstw, żeby nie zmarzły... A przecież jeszcze mamy lato...
Fakt, na lody może za zimno, na patio siedzieć też nie ciekawie. Kreatywność zanikła. Dzisiaj nawet nianie nie wychodzą z dziećmi na spacery w deszcz. Bo zmoknie, bo go zawieje, bo zmarznie... Słabe wymówki leniwych dorosłych.
Świat się zmienia, dziwaczeje.
Jak to dobrze, że zdążyłam się urodzić, kiedy jeszcze było normalnie.


Ja jednak jestem zwolenniczką wychodzenia z dziećmi na spacer w deszczu. Uważam to za normalne, że pada. Nie robię draki kiedy się ochłodzi a niebo zajdzie szarymi chmurami. Jak ktoś ma radosne usposobienie ( a takie powinna mieć niania ) to mu deszcz ni wiatr nie przeszkadza. Wystarczy odpowiednie, przemyślane ubranie i sio na podwórko :)

środa, 2 września 2015

Tacy są niektórzy z nas...

Ot, taka mnie naszła refleksja po dzisiejszym wyjściu z suką na rower...

 My Polacy to jednak znerwicowany naród jesteśmy. Jacyś tacy ciągle skrzywieni, marudni i skorzy do awantur. Uważamy się za pępki świata, wszystko dla mnie, tylko ja jestem ważny(a), ja mam prawo, mnie się należy itd.
Jadę spokojnie rowerem, rekreacyjnie. Wracam z psem z lasu. Na przeciwko nas idzie mama ( chyba, bo może niania ) z trójką dzieci. Zajęli całą szerokość osiedlowego chodnika. Po bokach z jednej strony stoją zaparkowane samochody, z drugiej strony jest elegancki trawniczek z tabliczką " nie depcz po trawie". Już z daleka widzę popłoch w jej oczach, bo pies biegnie bez smyczy i ten wielki rower ( w Warszawie posiadanie roweru i jazda na nim to niemal zbrodnia zdaniem niektórych ). Zatrzymałam się więc, bo średnio miło byłoby rozjechać kogokolwiek. I czekam spokojnie aż pani z całym stadkiem łaskawie mnie minie. Suka usidła przy mojej nodze. Wydawałoby się ot, nic wielkiego... I tu drogi czytelniku cię zaskoczę. Pani była łaskawa, tonem nie znoszącym sprzeciwu wylać na mnie "kubeł pomyj", bo jak się okazało, zapewne chciałam rozjechać któreś z jej dzieci ( bo jak śmiem jechać na rowerze ), że przez takich jak ja rowerzystów żyć się normalnie nie da, że pies powinien być na smyczy i w kagańcu (kompletny brak znajomości przepisów)  a poza tym tylko debile trzymają psy w mieście,  i że ona zaraz wezwie straż miejską :), co rozbawiło mnie do łez.  Dzieci patrzyły na matkę ( względnie nianię ) wielkimi oczami, zapewne w ogóle nie rozumiejąc sytuacji. Czego owa mama nauczyła swoim przykładem? Że tylko ona i jej potomstwo są ważni, reszta ludzi to zwykły plebs, na który można nawrzeszczeć, że tylko ona jest mądra a inni są głupi, że pies jest be, że rowerzyści są be, że trzeba rozedrzeć japę jak się nam coś nie podoba itd. A potem się taka mamusia jedna z drugą dziwią, że ich dziecko wpada w szał jak coś jest nie po jego myśli, że jedyne rozwiązanie problemu jakie zna to krzyk, wrzask i bicie. .. Tak, tak drodzy rodzice. Wasze dzieci są takie przez was! To od was uczą się życia, więc jak wam pyskują to nauczyły się tego nie ode mnie, nie od sąsiada tylko od was! Jak podrosną to będziecie tańczyć jak wam zagrają.
Już współczuję tym wszystkim śmiesznym ludziom, co im się wydaje, że rozumy pozjadali.
Za kilka lat życie tak im skopie tyłki, że będą brykać  w podskokach. A potem zestarzeją się , zaostrzą się te ich wady jeszcze bardziej i zamiast doczekać pięknych lat , z uśmiechem na ustach, pozostaną samotni ( bo kto chce przebywać w towarzystwie takich zgryźliwych ludzi ) i nieszczęśliwi.


A to właśnie z dzisiaj, fotka z przejażdżki po Lesie Kabackim:



piątek, 21 sierpnia 2015